Przyznam się szczerze, że na 30 dni w miesiącu blisko połowy to te tzw. "gorsze". Pomijam już fakt, że mój humor jest zmienny jak nasza pogoda w lecie: czasem słońce, czasem deszcz.
I naprzeciwko tego wszystkiego ON - mój mąż!
Daje sobie dzielnie radę: próbuje rozśmieszać, pocieszać a w chwilach głębokiego kryzysu sam z własnej nieprzymuszonej woli robi herbatkę i przynosi czekoladę. To się nazywa kompleksowa opieka.
Wie, kiedy mój zły humor to PMS (czy jak on to nazywa - śmiejąc się z tego skrótu - PSP, OSP a nawet GTA!), wie kiedy mój zły humor to ciężki dzień w pracy, wie kiedy mój zły humor to jakaś ogólna melancholia albo zwyczajnie niski poziom cukru we krwi. Wie prawie wszystko.
Zna wszystkie moje nastroje, wychwytuje w lot moje potrzeby. Cały on.
A kiedy to wszystko nie działa potrafi wyjąć kartę z portfela i powiedzieć:
- Kotek, idź do Rossmanna i popraw sobie humor!
Więc pewnie już wiecie, dlaczego tyle razy w miesiącu mam "gorsze dni"? ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz