Przyznaję się bez bicia - swego czasu z zainteresowaniem oglądałam Perfekcyjną Panią Domu. Chłonęłam nauki Małgorzaty Rozenek jak Harry Potter wiedzę w Hogwarcie. Serio! Podobały mi się te jej sprytne sposoby na porządek, ład i harmonię w domu. Tyle, że wtedy mieszkałam jeszcze z rodzicami, później w akademiku i za bardzo nie miałam okazji wcielać rad Perfekcyjnej w życie. No może też nie chciałam... W końcu w życiu studentki jest wiele ciekawszych zajęć, niż układanie siedmiu rodzajów zupek chińskich w porządku alfabetycznym.
Teraz jednak, w naszym małym, pierwszym, wspólnym gniazdku - chciałabym, żeby wszystko było perfekcyjnie. Makarony - na jednej półce, herbata - na drugiej, a kapsułki do ekspresu - obok ekspresu. Szkoda, że dla mojego męża to nie ma znaczenia. Dla niego wszystko mogłoby leżeć gdzie bądź. Ważne, żeby leżało, bo wiem, że swego czasu bał się, że nasze wspólne życie będzie przebiegało pod hasłem "puste półki". A jako historyk, wie, co to oznacza (przynajmniej w teorii, wszak studia skończył).
Tak samo w sypialni. Co z tego, że jest szafa. Cóż z tego, że jest komoda. Ba, nawet jest kosz na pranie! Dla mojego męża najlepszą szafą jest podłoga, ewentualnie krzesło. Bo przecież nie będzie chował ciuchów, jak dopiero wrócił, dopiero się posadził tyłkiem na kanapie, a tak w ogóle to przecież za kilka godzin i tak znów wychodzi do pracy... Cóż, jego logika jest powalająca, a uśmiech przy tym rozbrajający. Skubaniec, wie co na mnie działa!
Zastanawiam się więc, co Perfekcyjna mówiła o mężach. Czy miała jakieś sprytne sposoby na męską logikę... Może ktoś z Was pamięta, a może ma swoje pomysły na zmianę myślenia u osobnika płci męskiej opornego na prośby, groźby i słodkie obietnice?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz