Lubię wspominać z moim Mężem czasy, kiedy się poznaliśmy. To chyba nie jest romantyczna historia, rodem z komedii amerykańskich z Meg Ryan i Tomem Hanksem, ale wątpię, by komuś takie historie się przydarzały.
Razem studiowaliśmy i razem mieszkaliśmy w akademiku, ale jeśli myślicie, że nasze uczucie zrodziło się gdzieś pomiędzy fascynującymi zajęciami, a akademikowymi łazienkami - mylicie się. Można powiedzieć, że kojarzyłam mojego Męża właśnie z zajęć, ale nie byłam przekonana czy to on mieszka w moim akademcu. Zawsze miałam trudności w zapamiętywaniu ludzi po twarzach, tak było i tym razem. Więc w pewien środowy, listopadowy i zimny wieczór wracając z wykładów zauważyłam, że siedzi On w moim autobusie. Musiałam, musiałam, wykorzystać taką szansę i zaobserwować, gdzie wysiada. Jednak z powodu niemiłosiernego ścisku panującego w komunikacji miejskiej (zawsze, ale to zawsze) i faktu, że na każdym przystanku musiałam wysiadać, by wypuścić wychodzących z autobusu straciłam Go z oczu. Wysiadłam więc sfrustrowana, zarzucając sobie rozkojarzenie, nieogarnięcie i inne tym podobne, gdy nagle....
Zauważyłam, że jest! Przechodził na pasach, kierując się w stronę akademików. Pognałam jak szalona, wbiegając już na migającym zielonym świetle na przejście i zastanawiając się jakieś dwie sekundy, dogoniłam Go i wydyszałam...
- HEJ!
Obejrzał się, chyba nieprzyzwyczajony do zaczepiania na pasach i popatrzył z politowaniem na to dyszące nieszczęście, jakim w tamtej chwili byłam. Jak już się rzekło słowo, trzeba było pociągnąć wątek dalej - choć uwierzcie mi, w tamtej chwili już zastanawiałam się, czy nie udawać, że z kimś Go pomyliłam, albo inscenizować sytuację z rozmową telefoniczną... No ale parłam do przodu niezrażona:
- Hej, czy Ty studiujesz to i to, tu i tu, a w ogóle jeszcze mieszkasz w tym i tym akademiku?
Popatrzył zaskoczony, gdzieś tam dojrzałam błysk w jego oku i z uśmiechem odpowiedział:
- No!
Padłam. Nie byłam przygotowana na tak dosadną odpowiedź. Co robić, myślę, co robić?
- No to świetnie, bo ja też! I mam na imię XXX a Ty?
- YYY
- Yhy.
Rozmowa wyraźnie się nie kleiła. W duchu przeklinałam się za śmiałość, że zaczepiłam takiego nerda, który nie umie nawet docenić, że dziewczyna biegnie za nim na prawie czerwonym świetle. Już byliśmy prawie przed samym akademikiem, gdy spytał:
- W którym pokoju mieszkasz?
- 204...
- Spoko. Będę przychodził.
No i przychodził.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz